Witam wszystkich. Jakis czas temu kolega rozbił mi motor. Ledwo uszedł z życiem. Teraz nasuwa się pytanie. Ciągle mówi że pieniądze zwróci natomiast mija juz ponad miesiąc i obawiam się że nie odda. Mam do niego 250km więc kontakt tylko telefoniczny. Stan zdrowia na dzisiaj jest stabilny o wiele się poprawil. Może się wydawać że rozbite auto to dla kierowcy nie lada problem, jednak obecnie na rynku jest coraz więcej wyspecjalizowanych firm wykonujących złomowanie pojazdów. Profesjonalna stacja demontażu pojazdów zagwarantuje nam kompleksową obsługę w tym zakresie, oraz załatwi za Nas wiele kwestii formalnych związanych z dokumentami Pracownik myjni odebrał od klienta luksusowy samochód po to, aby wypolerować mu felgi. Koniec końców auto rozbił na drzewie. Taki samochód jest wart około 300 tys. zł. Fot. 123rf Nie wiem jaka jest kwota odszkodawania ktorą ma mi zapłacić kolega sprawca. W lutym tego roku zaprosiłem mojego kolegę do domu. Niestety ale był naćpany oraz mnie napadł do tego okładał mnie około 20 razy wałkiem do ciasta. Potem wsztrzyknął mi marichuanę, ukradł laptop i po drodze O prawdziwym szczęściu może mówić motocyklista, który rozbił się o wymuszający pierwszeństwo samochód na jednej z gdańskich ulic. Jego życiu nie zagraża niebezpieczeństwo. Tłumaczenia w kontekście hasła "Rozbił swój samochód" z polskiego na niemiecki od Reverso Context: I rozbił swój samochód, a teraz jestem w armii i wszyscy to krzyczał na mnie. Kobieta nie była w stanie zapanować nad samochodem, który wpadł do parku i rozbił się na drzewie. Mimo, że kolizja wyglądała na dość poważną, dwójka pasażerów zdołała samodzielnie opuścić pojazd i oddalić się zanim na miejsce dotarły służby. 22.06| Kaliska policja już wie, kto siedział za kierownicą mercedesa, którego tydzień temu znaleziono na poboczu w Podzborowie (woj. wielkopolskie). Kierowca w końcu sam się zgłosił. O W Indiach właściciel nowego Volkswagena Polo rozbił samochód tuż po jego zakupie. Do wypadku doszło kilka sekund po zjechaniu samochodu z drogi. Film z wypadku pojawił się na YouTube. Pościg zakończył się na dworcu PKP, gdzie samochód marki audi został rozbity. Do sprawy została zatrzymana jedna osoba. Funkcjonariusze wyjaśniają okoliczności tego zdarzenia, które było bardzo niebezpieczne i mogło zakończyć się tragicznie – komentuje Tomasz Bartos, rzecznik prasowy Komendy Powiatowej Policji w Strzelcach m27Uu. fot. Adobe Stock, Wśród mężczyzn panuje powszechne przekonanie, że kobiety nie potrafią prowadzić samochodu. Bzdura! Kiedy córka uznała, że chce zrobić prawo jazdy, byłam pewna, że mąż będzie temu przeciwny i wynajdzie milion przyczyn, dla których nie powinna jeszcze prowadzić auta. Nie pomyliłam się. Andrzej stwierdził, że Inga jest za młoda, bo ma dopiero 20 lat. Dodał także, że… jest kobietą, a kobiety są gorszymi kierowcami niż mężczyźni. Sama mam prawo jazdy od ponad 20 lat, ale dobrze wiem, ile mnie kosztowało jego zdobycie. Mój tata taksówkarz uważał, że prowadzić samochód potrafi on i jeszcze od biedy kilku innych facetów, których może policzyć na palcach jednej ręki. Mój pomysł z prawem jazdy przyjął chłodno Niby mi nie zabraniał, lecz także nie zachęcał. Na moje pytania, czy kiedy już będę miała upragniony dokument, to pozwoli mi wsiąść za kółko swojego auta, odpowiadał monosylabami. Wiem, że bardzo mnie kochał i w każdej sprawie nieba by mi przychylił, ale z jednym wyjątkiem. To niebo nie miało najwyraźniej nic wspólnego z jego samochodem. Kluczyki dostawałam sporadycznie, od wielkiego dzwonu, i zawsze tylko wtedy, gdy tata siedział obok na siedzeniu pasażera i mógł komentować każdy mój ruch. Nienawidziłam tego. No i wcale nie garnęłam się do prowadzenia. Mąż dawał mi kluczyki tylko, gdy chciał się napić Prawdziwym kierowcą czułam się tylko przez trzy lata, kiedy już nie mieszkałam w rodzinnym domu, a jeszcze nie wyszłam za mąż. Miałam wtedy malucha i naprawdę go uwielbiałam. Czułam się wolna, mogąc, kiedy zechcę, wsiąść do samochodu i jechać przed siebie. Chyba właśnie to poczucie niezależności sprawiło, że mąż od początku usilnie nalegał, abym sprzedała swoje ukochane autko. – Po co mamy je utrzymywać? Wystarczy jedno, moje jest większe! – dowodził. W sumie była to prawda, bo i tak wszędzie jeździliśmy razem. Nawet do pracy: Andrzej zostawiał mnie po drodze, a wracając ze swojej firmy, zabierał do domu. Było to wygodne i ekonomiczne, nauczyłam się patrzeć na sprawę rozsądnie. Oczywiście, nie było mowy o tym, aby czasami Andrzej dał mi prowadzić w drodze do pracy, byłam więc tylko weekendowym kierowcą. Dostawałam kluczyki, gdy jechaliśmy do rodziny czy znajomych i mąż zamierzał wypić jakiś alkohol. Sporadycznie wyjeżdżałam również gdzieś dalej za miasto, kiedy Andrzej musiał w weekend nadrobić zaległą pracę, którą brał z firmy. W sumie nie narzekałam, przyzwyczaiłam się do tego. Jeździłam spokojnie, bez brawury, choć pewnie. Hamowałam i przyspieszałam tam, gdzie trzeba, prawidłowo biorąc zakręty. Kiedyś znajomy policjant jechał za mną przez dłuższy czas i potem powiedział zdumiony: – Myślałem, że to pan Andrzej jedzie przede mną. Dobrze pani prowadzi. – Byłam kiedyś na kursie ekonomicznej jazdy – przyznałam się mu. Mężowi o tym nie mówiłam, bo pewnie by mnie wyśmiał. Uznałby, że zmyślam – przecież żadna baba nie poszłaby na taki kurs. A tymczasem ja, jeszcze zanim zaczęłam jeździć na serio, naprawdę postanowiłam się doszkolić. Wyszłam z założenia, że jeżeli od razu nabiorę dobrych nawyków, to potem one zaprocentują. Drogo zapłacił za swoje głupie uprzedzenia W sumie uważam, że jestem dobrym kierowcą, podobnie jak wiele moich koleżanek. Myślę także, że teraz już nie sposób żyć bez samochodu, tym bardziej kiedy mieszka się poza miastem, tak jak my. Dlatego choć zajęło mi to trochę czasu, to w końcu udało mi się przekonać Andrzeja, że powinien zgodzić się, by Inga zrobiła prawo jazdy. Głównym argumentem było to, że wracając po nocy, wreszcie będzie bezpieczna. Córka bała się wracać nocnym autobusem, a z kolei my nie zawsze mogliśmy po nią podjechać. – No dobrze, niech się szkoli. Zobaczymy, co z tego wyjdzie – mruknął. Córce szło całkiem nieźle, ale przed egzaminem nieco się denerwowała. Poprosiła więc ojca, aby z nią trochę poćwiczył na bocznych drogach. Andrzej zapalił się do tego pomysłu, lecz gdy przyszło co do czego, musiał wyjechać służbowo. – To może mama? – zaproponowała. Chętnie bym na spokojnie poćwiczyła z naszą jedynaczką jazdę i manewry, mąż jednak miał inny pomysł: – Wojtek z tobą poćwiczy. On ma pazur, jeździ w zawodach i odnosi sukcesy. Wojtek to syn naszych znajomych, nieco starszy od Ingi. Prawdę mówiąc, nie bardzo mi się podobało, że ma ją czegoś uczyć, ale skoro Andrzej się uparł… I jeszcze pożyczył mu nasz samochód! Gorzko potem tego żałował. Bo Wojtek chciał się chyba popisać przed naszą córką swoimi rajdowymi umiejętnościami, gdyż... wszedł w zakręt za szybko, zaciągając jednocześnie ręczny hamulec, aby auto gwałtownie skręciło. Oczywiście wpadł w poślizg i przywalił tyłem w stojący na rogu słup. Rozbił nam samochód, a potem naprawa (bo Andrzej nie wykupił AC) kosztowała nas sześć tysięcy złotych! Tyle właśnie mój ukochany mąż zapłacił za swoje przekonanie, że kobiety prowadzą gorzej od mężczyzn. To nie kwestia płci Czytaj także:„Mój były mąż potrafił ugotować tylko wodę na herbatę. Pralki i odkurzacza nie tknął nigdy w życiu”„Po rozwodzie z Jurkiem wszystko zaczęło się sypać. W przenośni i dosłownie. Nawet spłuczka nie chciała działa攄Byłam w szoku, gdy podsłuchałam, że nastolatka chce uwieść mojego męża. Co ta młodzież ma w głowach?” – Jacka znam od podstawówki, razem pracujemy i chodzimy na imprezy – opowiada Mariusz. – On zawsze był dowcipnisiem, ale w życiu nie przyszłoby mi do głowy, że wpadnie na tak głupi pomysł! Mariusz nie miał najmniejszych obaw, kiedy Jacek poprosił go o pożyczenie auta – wybierał się do swojej dziewczyny, która mieszka kilkadziesiąt kilometrów od Poznania. – Auto wróciło do mnie zupełnie odmienione – mówi mężczyzna. – Nie jest już niebieskie, lecz różowe! W dodatku wnętrze samochodu zostało wyłożone w całości pluszem z ozdobnikami w postaci kwiatów, koralików i cekinów. – To jest po prostu koszmar – skarży się Mariusz. – Jacek nie tylko zniszczył mi samochód, ale i naszą przyjaźń. Czy pożyczając samochód bez żadnej umowy, mogę mieć jakiekolwiek roszczenia względem kolegi? Małgorzata Stabryła-Storek, radca prawny z Centrum Pomocy Prawnej dla Czytelników Faktu, tel. 22 46 00 000, W przypadku bezumownego korzystania z cudzej rzeczy właścicielowi należy się odszkodowanie za zużycie lub pogorszenie rzeczy. Za szkodę odpowiada osoba, której zawinione zachowanie jest źródłem powstania szkody. Wysokość odszkodowania ustala się w oparciu o rozmiar szkody poniesionej przez właściciela samochodu. Właściciel może żądać od osoby, która użytkowała jej rzecz, pokrycia szkód, jakie poniósł w związku z nieprawidłowym używaniem rzeczy. Naprawienie szkody powinno nastąpić, według wyboru poszkodowanego, albo poprzez przywrócenie stanu poprzedniego, albo przez zapłatę odpowiedniej sumy pieniężnej. Jednakże gdyby przywrócenie stanu poprzedniego było niemożliwe albo gdyby pociągało za sobą dla zobowiązanego nadmierne trudności lub koszty, roszczenie poszkodowanego ogranicza się do świadczenia w pieniądzu. Zgłosiła się do nas czytelniczka, której samochód - zaparkowany na ulicy - został "przestawiony" przez inne auto. Z pozoru niegroźne uderzenie uszkodziło układ kierowniczy i karoserię fiata grande punto. Od miesiąca pojazd pani Ewy jest unieruchomiony, bo ta musi użerać się z ubezpieczalnią. Przedstawiamy jej wyczerpującą relację. Istny galimatias. Dzień I ( Zacznijmy od samego początku. 8 lutego, około godz. 14, zaparkowałam swój samochód na ul. Żywieckiej w Gdańsku. Zaparkowałam prawidłowo, równolegle do chodnika po prawej stronie. Po ponad godzinie wróciłam do auta i zauważyłam, że coś jest nie tak. Fiat zmienił pozycję - z równoległej na ukośną, a prawe koło znalazło się na chodniku. Podeszłam do auta od strony kierowcy i dostrzegłam uszkodzenia na drzwiach, progu, błotniku i przednim kole. Z relacji jednego z mieszkańców pobliskiego bloku przy ul. Żywieckiej - który po usłyszeniu potężnego huku wyjrzał przez okno - wynika, że kierowane przez kobietę czerwone auto uderzyło w moje grande punto. Impet był tak duży, że fiat "wskoczył" na kilkunastocentymetrowy krawężnik. Z racji na sporą liczbę świadków zdarzenia, pani postanowiła pozostawić za wycieraczką mojego auta kartkę z namiarem do siebie. Około godz. 15:30 skontaktowałam się z kobietą, która potwierdziła, że spowodowała uderzenie. Zdradziła, że mieszka bardzo blisko miejsca zdarzenia, ale ku mojemu zdziwieniu odmówiła spotkania i podpisania oświadczenia sprawcy kolizji. Poinformowałam szanowną panią, że jeśli się nie pojawi, wezwę policję. Odmówiła. Zadzwoniłam pod numer alarmowy 112. Po kwadransie na miejscu pojawił się policyjny radiowóz. Na polecenie funkcjonariuszy raz jeszcze skontaktowałam się ze sprawczynią. Telefon przejął jeden z policjantów, któremu kobieta przekazała informacje o jej miejscu zamieszkania i numerze rejestracyjnym auta. Funkcjonariusz nalegał, aby sprawczyni pojawiła się w miejscu zdarzenia. Kobieta jednak ponownie odmówiła. Została jedynie pouczona o dalszych konsekwencjach. Około godz. 16:45 czynności dobiegły końca. Przy próbie odjechania z miejsca zdarzenia okazało się, że auto ma nie tylko uszkodzoną karoserię i koło, ale również układ kierowniczy. Byłam zmuszona pozostawić samochód na miejscu i wrócić do oddalonego o 16 km domu innym środkiem transportu. Co ciekawe, po godz. 17, gdy byłam już blisko miejsca zamieszkania, nieoczekiwanie zadzwoniła sprawczyni. Kobieta poinformowała mnie, że może spisać oświadczenie, ale wyłącznie w towarzystwie jej osoby towarzyszącej. Prawdopodobnie męża. Przekazałam państwu, że mogę wrócić na ul. Żywiecką, ale spiszemy oświadczenie przy policji. Nie zgodzili się na obecność był wyczerpujący dzień, ale to niestety dopiero początek mozolnej walki o swoje prawa. Dzień II ( podstawie numeru rejestracyjnego samochodu sprawczyni ustaliłam przez internet numer polisy i ubezpieczyciela, u którego pani wykupiła OC. Telefonicznie zgłosiłam szkodę do Generali. Zaproponowano mi auto zastępcze albo ekwiwalent pieniężny w wysokości 600 zł. Wybrałam samochód. Po kilku godzinach odebrałam auto zastępcze. Pomyślałam - wszystko idzie całkiem sprawnie. Udostępnili mi samochód, przyjedzie rzeczoznawca i wyceni szkodę, naprawią mojego fiata, wszystko wróci do normy. Byłam dobrej myśli. III ( Na ten dzień otrzymałam wezwanie do Komendy Miejskiej Policji w Gdańsku w celu złożenia zeznań. Po spotkaniu z funkcjonariuszami udałam się na ul. Żywiecką na kolejne spotkanie, tym razem z rzeczoznawcą Generali. Pracownik z ubezpieczalni zanotował każdą skazę na karoserii 12-letniego auta. Dosłownie - każdą. Nawet delikatne wgniecenie na klapie bagażnika, które auto ma od dłuższego czasu. Mężczyzna był nieuprzejmy. Twierdził, że drzwi kierowcy nie ucierpiały w tym zdarzeniu, a widoczne rysy to stare otarcia. Zmroziło mnie. Około godz. 13 otrzymałam pierwszy kosztorys i protokół oględzin. Zmroziło mnie po raz drugi. Ten kosztorys to jeden wielki żart. Rzeczoznawca uznał, że da się naprawić auto za 750 zł. Problem w tym, że w tej kalkulacji nie ma ani słowa o uszkodzonym układzie kierowniczym, nie ma też przybliżonego kosztu dostarczenia samochodu do jakiegokolwiek warsztatu. Rzeczoznawca zignorował również fakt, że fiat zaparkowany był równolegle do krawężnika, a koła były ustawione w pozycji na wprost. Skręcenie kół nastąpiło dopiero wskutek uderzenia. Mało tego, wymyślił teorię, że auto sprawczyni uderzyło w bieżnik koła lewego od przodu. To kompletna bzdura, przecież kobieta przyznała się, jak było w człowiek niewiele może z tego "bełkotu" zrozumieć, ale w pewnym momencie dociera do niego, że to świadome działanie ignorujące poważne uszkodzenia, których auto doznało 8 lutego. Rodzi się pytanie: czy wynika to z niekompetencji rzeczoznawców, a może to po prostu zalecenia, do których muszą się stosować pracownicy ubezpieczalni?Dzień IV ( nie zgodziłam się na zaniżoną wycenę szkody. Wysłałam pismo do Generali ze skargą na sposób przeprowadzenia oględzin przez rzeczoznawcę. Poinformowałam również ubezpieczyciela, że oddaję samochód w ręce autoryzowanego serwisu Fiata, który naprawi auto samego dnia laweta zabrała samochód do warsztatu. Z uwagi na bardzo mocno skręcone koła, sam załadunek auta trwał około godziny. W ASO złożyłam wszystkie niezbędne dokumenty i podpisałam cesję praw z że w końcu zakończy się sprawa nieudolnego prowadzenia likwidacji szkody przez Generali. Nic bardziej V ( odpowiedź na złożoną przeze mnie skargę. Odpowiedział mi... sam zainteresowany, czyli rzeczoznawca. To chyba nie powinno tak wyglądać? - W związku z tym, że odwołanie klientki dotyczyło w znacznej mierze merytorycznych aspektów wyceny - na pytanie odpowiedział rzeczoznawca. W większości przypadków odwołania klientów analizuje i odpowiada na nie, dedykowany do tego celu dział odwołań i reklamacji - wyjaśnia Justyna Szafraniec, rzecznik prasowy Generali. Problem w tym, że auto zostało kupione w polskim salonie i nigdy nie miało wymienianej przedniej szyby. Dzień VI ( wyceniło naprawę Fiata należącego do pani Ewy. Kosztorys został przekalkulowany przez Otrzymaliśmy kosztorys z warsztatu, wybranego przez klientkę. W związku z tym, że zakres naprawy znacznie różnił się od naszych wstępnych oględzin, zleciliśmy kolejne, aby potwierdzić związek przyczynowo-skutkowy dodatkowych uszkodzeń ze zdarzeniem - dodaje. Dzień VII ( telefon z warszawskiej centrali ubezpieczyciela. Osoba dzwoniąca zadała krótkie pytanie: gdzie jest pani samochód? Odpowiedziałam, że w warsztacie, po czym momentalnie połączenie zostało przerwane. Próbowałam oddzwonić, ale przez cały czas numer był zajęty. W godzinach wieczornych Centrum Pomocy Generali przysłało mi SMS-a z informacją, że następnego dnia muszę zwrócić samochód zastępczy. Dzień VIII ( dnia nastąpiła kulminacja. Festiwal nieudolności ubezpieczyciela trwał dalej. Wszystko zaczęło się z samego rana, kiedy zadzwoniłam do Generali w celu wyjaśnienia kwestii auta zastępczego. No i zaczęła się saga odsyłania od osoby do osoby, z działu do działu. I tak w kółko, milion telefonów, godziny "wiszenia" na linii i zero poczucia odpowiedzialności. Napiszę w skrócie, streszczę cztery godziny telefonicznego użerania się z konsultantami Generali. Otóż ubezpieczyciel poinformował mnie, że nie dotarły do nich żadne dokumenty z warsztatu. Z kolei po kontakcie z ASO okazało się, że ich kosztorys na kwotę - uwaga - 6157 zł nie tylko został wysłany, ale Generali zdążyło już odesłać odpowiedź, w której uznane zostały wcześniej pominięte szkody (próg i opona), zakwestionowano jednak uszkodzenie układu kierowniczego. Poinformowano mnie, że warsztat odwiedzi rzeczoznawca... z Lublina, który wykona dodatkowe oględziny. Po kilku godzinach przekazano mi również informację, że mogę korzystać z samochodu zastępczego do zakończenia naprawy mojego auta. W końcu jakiś IX ( ASO pojawił się rzeczoznawca Generali, który dokonał dodatkowych oględzin pojazdu. Pracownik ubezpieczalni naniósł kolejne poprawki na kalkulację stworzoną przez serwis. Ubezpieczyciel podniósł kwotę naprawy z 4550 zł na 5410 zł. Do pełni szczęścia wciąż jednak brakuje, bo autoryzowany serwis Fiata postawił sprawę jasno: albo ubezpieczyciel zgodzi się na naszą kalkulację albo my nie naprawimy pani auta. Dzień X ( kilku dniach zażartych negocjacji na linii ASO - Generali, w końcu strony doszły do porozumienia. Ubezpieczalnia zgodziła się na nową, jeszcze wyższą kalkulację. Ostateczna kwota naprawy - 6371 zł. A przypomnijmy, że pierwotny kosztorys Generali opiewał na kwotę... 750 zł. Można? Można. Zastanawia mnie fakt, dlaczego tak bardzo różnią się kalkulacje ASO i ubezpieczalni?- W tym konkretnym przypadku różnica wynika z zakresu uszkodzeń, jaki był możliwy do stwierdzenia podczas pierwszych oględzin i tym, co możliwe było do stwierdzenia w warunkach warsztatowych, po demontażu elementów zewnętrznych. Dodatkowo wyjaśniamy, że Generali proponuje zawsze możliwość naprawy pojazdu w swojej sieci naprawczej na zasadach rozliczenia bezgotówkowego. Ceny napraw w różnych warsztatach mogą się znacząco różnić, natomiast Generali gwarantuje możliwość naprawy we współpracującym warsztacie za kwotę zgodną z ostatecznym kosztorysem, wykonanym przez Generali. Jeżeli klient jest zainteresowany naprawą w innym warsztacie, może oczywiście tego dokonać również bezgotówkowo. Wówczas zakres naprawy i jego koszt jest uzgadniany między tym warsztatem a ubezpieczycielem, a po naprawie ubezpieczyciel opłaca fakturę wystawioną przez warsztat - zdradza tak minął okrągły miesiąc od feralnego zdarzenia na ul. Żywieckiej. Wciąż nie mam swojego auta, jeżdżę samochodem zastępczym, ale na całe szczęście, chyba zmierzamy do finału sprawy. Czego zabrakło w tej całej historii? Profesjonalizmu, a przede wszystkim zwyczajnej ludzkiej empatii. To smutne. - Za ten czas oczekiwania klientki i niedogodności z tym związane, serdecznie przepraszamy. W tym czasie - w ramach ubezpieczenia OC - klientka użytkowała i nadal użytkuje auto zastępcze, które - mamy nadzieję - chociaż w części zniweluje niedogodności wynikające z unieruchomienia jej samochodu - zakończyła Justyna wspomnę już o kobiecie, która spowodowała całe to zamieszanie. Konsekwencje? Straci zniżki i zapłaci mandat karny w wysokości 100 zł. To tyle. Jak jej problemy mają się do całej tej farsy, w którą zostałam uwikłana? Nijak. Oczywiście zdaję sobie sprawę, że osób w podobnej do mojej sytuacji jest cała masa. Tym bardziej uważam, że trzeba takie tematy nagłaśniać. Niech w końcu ubezpieczalnie zaczną nas traktować poważnie.